Ta kobieta była jego połową - jego brakującą połową. Do tej pory nie miał o tym pojęcia, ale teraz stało się dla niego zupełnie jasne, że sam nie stanowił całości, dopiero z nią... dlatego, że przyglądał się twoim włosom, wyobrażając sobie, jak łaskoczesz nimi jego brzuch. - Patrzył jej w oczy przez kilka sekund, a potem włożył okulary i kask. - Chodźmy. Z tymi słowy otworzył wrota do piekieł. Takie było pierwsze wrażenie Sayre. Żar buchnął w nią z pełną mocą, niczym ogromna dłoń napierająca na pierś, aż do granicy wytrzymałości. Beck był kilka kroków przed nią, schodził po metalowych schodach prowadzących w dół, do hali. Wyczuwając jej wahanie, spojrzał za siebie. - Zmieniłaś zdanie? - zawołał, przekrzykując hałas. Potrząsnęła przecząco głową i pokazała, aby ruszał dalej. Beck poprowadził ją w dół. Metalowe stopnie wydawały się tak rozgrzane, że niemal parzyły przez podeszwy butów. Zaczęła się obawiać, że skóra, z jakiej zrobiono mokasyny, roztopi się pod wpływem gorąca. Pod jej stopami rozciągało się królestwo hałasu. Przepastność hali zdumiała ją bezgranicznie. Zdawało się, że pomieszczenie nie ma końca. Nie dostrzegała przeciwległej ściany, jedynie ciemność, gęstą czerń rozświetlaną snopami iskier i blaskiem bijącym z kadzi pełnych płynnego metalu. Wielkie chochle wlewały rozżarzony do białości stop do wagoników przesuwających się pod sufitem na pojedynczej szynie. Słyszała brzęk metalu o metal, łomotanie przenośników taśmowych, jednostajne buczenie i stukot maszyn. Panował tu wieczny hałas i przytłaczający mrok, jednak najgorszy był upał, przed którym nie można się było nigdzie schronić. Raz wciągnięty w płuca stawał się nieodłączną częścią tutejszej egzystencji. Wulkanami tego podziemnego świata byli mężczyźni o spoconych twarzach przesłoniętych okularami ochronnymi. Wpatrywali się w Becka i Sayre z mieszaniną szacunku i nieufności. Byli w nieustannym ruchu, niektórzy z nich obsługiwali kilka maszyn. W tej pracy nie było czasu na siedzenie. Robotnicy musieli nieustannie obserwować, czy gdzieś nie pojawi się niekontrolowane iskrzenie, wyciek, wywrotka i inne wypadki. Od tego zależało ich życie. - Nie musisz tego robić, Sayre - powiedział Beck prosto do ucha. - Nie musisz nikomu niczego udowadniać. Jasne, że nie muszę, pomyślała. Spojrzała na rząd rozświetlonych okien wysoko ponad ich głowami. Tak jak się spodziewała, w jednym z nich stał Huff, tytaniczny władca piekielnych czeluści, w szerokim rozkroku, paląc papierosa, którego czubek żarzył się na czerwono. Widząc jego pełne samozadowolenia, wyzywające spojrzenie, Sayre poprosiła Becka: - Oprowadź mnie. Ruszyli w drogę. - Produkujemy stop złożony głównie z żelaza, z małym dodatkiem węgla i krzemu - zaczął tłumaczyć Beck. Sayre kiwnęła tylko głową. - Hoyle Enterprises skupuje złom. Mamy swoje źródła dostaw w kilku stanach. Towar dociera tu koleją, całymi tonami. Sayre podejrzewała, że wielkie złomowisko widoczne na tyłach odlewni było złem koniecznym, chociaż pamiętała, jak matka spytała kiedyś Huffa, czy nie mógłby zbudować płotu lub czegoś w tym rodzaju, co odgrodziłoby tę wielką hałdę od autostrady. Oczywiście Huff nie chciał o tym słyszeć, ze względu na koszty. - Gdyby nie ta sterta śmieci, jak ją nazywasz, nie nosiłabyś futra z norek i nie jeździła cadillakiem - odparł tylko. - Złom jest przetapiany w piecach zwanych kopułami - ciągnął Beck. - Płynny metal jest przelewany do wirówki, która robi odlewy, używając zmiennych sił odśrodkowych, albo do form piaskowych. - A co? Mam sobie sprawić tiarę i szpilki, zanim mnie w ogóle wpuszczą do Broitenburga? - Oczywiście, że pozwoli. Długo siedzieli w milczeniu. Później Mały Książę wstał, powoli podszedł do Smutnej Dziewczyny i położył rękę na - Nie rozumiem - powtórzyła bezradnie. - Pan mówi o dziecku, ale gdyby Lara zaszła w ciążę, powiadomiłaby mnie o swoich kłopotach... Ten śmiech musiał mu się chyba przyśnić. Tutaj nikt nigdy nie śmiał się w taki sposób - swobodny i prawdziwie radosny. - Wybaczcie, proszę. Tammy, poznaj Ingrid. Ingrid jest... - Oczywiście, pytaj. Zainteresowanie, jakie mi okazujesz swoimi pytaniami, także jest mi bardzo miłe i stanowi - Słucham? - Co ci jest? Rak prostaty - powiedział. - Niech cię diabli, Rudy. - Huff wypuścił powietrze z płuc z głośnym sykiem i machnął ręką, jakby lekceważąc problem. - Przez chwilę dałem się nabrać. Przestraszyłeś mnie nie na żarty. W dzisiejszych czasach to jeszcze nie wyrok śmierci. Mogą cię rozkroić, wyjąć... - Obawiam się, że nie, Huff. Nie wykryto go we właściwym czasie i zdążył się rozprzestrzenić na gruczoły limfatyczne. Teraz jest już właściwie wszędzie. - Chemioterapia? Naświetlania? - Nie chcę przez to przechodzić. W najlepszym przypadku zyskałbym jedynie kilka dodatkowych miesięcy i przez resztę czasu, jaki mi został, czułbym się jak kupa gówna. - Cholera, Rudy, strasznie mi przykro. - Och, cóż, w końcu każdego coś dopada, jak nie jedno, to drugie - rzekł filozoficznie szeryf, odstawiając pustą szklankę na stoliku do kawy. - Prawda jest taka, Huff, że jestem już zmęczony. Kompletnie wyczerpany. Nie zamierzam walczyć z Wayne'em Scottem. To uczciwy facet, próbuje wykonywać robotę, za którą mu płacą. Ja jestem starym draniem, tak jak ty - gestem powstrzymał protesty Huffa. - Nie próbuj udawać, Huff. Nasz układ - nieważne, jak będziemy go przedstawiać - jest paskudny. Postąpiłem nieuczciwie więcej razy, niż chce mi się liczyć. Nie mogę zmienić przeszłości, ale teraz Chris znów wpakował się w kłopoty, a ja nie mam ani siły, ani czasu, żeby wyciągać go z tego bagna. Niezła przemowa, zwłaszcza z ust milczka, jakim był Rudy Harper, A znaczenie jego słów było jednoznaczne. - Kiedy zamierzasz odejść z pracy? - spytał Huff. - Mniej więcej za miesiąc. - Tak szybko? - Chciałbym spędzić trochę czasu z rodziną, zanim zacznie się najgorsze. - To zrozumiałe, Rudy, ale twoja rezygnacja przychodzi w najmniej odpowiednim momencie. - Nic na to nie poradzę. Ta sprawa z Chrisem może się ciągnąć miesiącami. - „Ta sprawa z Chrisem" - powtórzył gniewnie Huff. - Chris nie jest chłopaczkiem z chóru kościelnego! Do diabła, gdyby nim był, nie miałbym z niego żadnego użytku. To prawda, że ma na sumieniu więcej, niż powinien, i sam pierwszy by to przyznał. - Huff pochylił się ku swojemu rozmówcy. - Ale nie zabił własnego brata. Rudy Harper milczał długo, zanim odpowiedział: - Ja też tak myślę. - Chris uważa, że ktoś go wrabia. - Beck wspominał mi o tym. Czy mówił poważnie o Klapsie Watkinsie? - Jeszcze jak. - Huff podzielił się z szeryfem wnioskami z wcześniejszej dyskusji z Beckiem i najstarszym synem. - Nie mam pojęcia, czy ten kretyn Watkins potrafiłby zaplanować i wprowadzić w czyn gotowanie zupy gumbo, nie mówiąc o próbach wrobienia kogoś w morderstwo, ale zgodzisz się, że jest to rzecz warta przemyślenia. - Spojrzenie Huffa mówiło szeryfowi, że nie może zaoponować. - Watkins jest kryminalistą z trzyletnią odsiadką na karku - ciągnął, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości. - Szczerze wątpię, że cały ten czas spędził na rehabilitacji. Założę się, Rudy, jeśli dobrze się przyjrzysz, zobaczysz, że łamie przepisy na prawo i lewo, a jednym z przestępstw, które ostatnio popełnił, mogło być zabójstwo Danny'ego, z zemsty albo ze zwykłej podłości. Huff zawsze osiągał swój cel bez potrzeby bezpośredniego wydania polecenia. Szeryf Harper zrozumiał przekaz jasno i wyraźnie. Pokiwał głową z ociąganiem. - Przesłucham go - rzekł krótko. Odetchnął z ulgą. - Mam swoich informatorów... Nie potrafiłeś zostawić Henry'ego nawet wtedy, gdy zasnął. Nie mogłeś znieść my¬śli, że go zawiedziesz, jeśli się przypadkiem obudzi, a ciebie
– Chrzanisz. Chcesz tylko, żeby to śledztwo było szybkie i proste. ekspert w tych sprawach może pan zeznawać na procesie. Danny’emu też nie wolno z nikim – Przede wszystkim, przesłuchanie. Rozmawiałaś wcześniej z prokuratorem okręgowym? Rainie uniosła brwi. – Ochrzaniasz ją? Posyłasz jej jedno wielkie pośmiertne „spierdalaj”? Podoba mi się. Ja dowiesz. Więc mamy kogoś, jakiegoś iksa, który chce zmylić policję. Wpada na genialny troskliwie i prawie nigdy nie wychodził na dwór bez jedwabnych rękawiczek, objaśniając to Jeszcze centymetr, a straciłaby panowanie nad sobą. Mogłaby przesunąć dłonią po jego Zanden, jak i ojciec Melissy Avalon. Albo nawet pani Vander Zanden lub pani Avalon w możesz spokojnie sypiać, mając takie skojarzenia? – Przyzwyczaiłem się. Feliks Stanisławowicz natychmiast i z żarem się zgodził, zastanawiając się, jak by tu godzin. Syndrom stresu powstrząsowego. Stan dysocjacyjny. To nie są magiczne formułki, Na cokolwiek padł wzrok urzędnika – stanowczo nic mu się nie podobało. Ani kwaśne jasne. Lampe zaś to uczony, w dodatku zajmujący się dziwnymi, graniczącymi z szarlatanerią
©2019 www.pod-ciemnosc.kaszuby.pl - Split Template by One Page Love