– Świetnie.

167

piorunem? – zażartował, choć w głębi duszy wcale nie było mu do śmiechu.
Z drżeniem obserwowała jak napastniczka – kobieta, która przyłożyła jej słuchawkę do
stronie, zwolnił. Na trawniku bujnie pieniły się chwasty, fasady domów pokrywały grarltti.
– Jada... – Poza tym, że do złudzenia przypominała jego pierwszą żonę, był pewien, że jej
Savannah przez jakiś czas chodził do knajp na podryw, miał nawet kilka przygód na jedną noc. Seks był niezły, ale trochę jak tania whisky. Następnego dnia Reed czuł się zmęczony, wypluty i zwyczajnie stary. Dał sobie spokój. Nie potrzebował przekrwionych oczu i wyrzutów sumienia. Ile razy mówił „Zadzwonię do ciebie”, chociaż wiedział, nawet po paru drinkach, że łże jak pies i że chodzi mu tylko o jeden numerek, o nic więcej. Może powinien grać w kręgle. Albo w golfa. Albo uprawiać wspinaczkę skałkową. Cokolwiek. Potarł dwudniowy zarost, dopił resztki zimnej kawy i postanowił przejść się do biura Kathy Okano. Zadać jej kilka pytań. To przecież ona naciskała na przyspieszenie śledztwa w sprawie Bandeaux, a teraz się wycofuje. Niezdecydowana jak dziewica. Przeszedł przez korytarz i już miał wejść do jej gabinetu, gdy drogę zablokowała mu jej sekretarka - Tonya. Wyglądała jak czynna członkini Światowej Federacji Zapaśniczej. Grubo ciosana, zdecydowanie mało kobieca figura, do tego tona makijażu, czarne, wzburzone włosy i cięty język. - Wyszła. - Dokąd? - Była umówiona na lunch - odpowiedziała sekretarka. - Ale właśnie rozmawiałem z nią przez telefon. - A, to już wiem, dlaczego wyleciała stąd jak szalona - powiedziała Tonya. - Przekażę jej, że pan był. - Dzięki - warknął, wsadzając ręce do kieszeni. Zawrócił do swojego gabinetu i przyspieszył kroku, słysząc telefon. Dzwoniła Morrisette. - Pieprzony dupek! Powinnam cię spisać! - wrzeszczała. Pewnie ktoś zajechał jej drogę. - Za co? - zapytał Reed. - Cześć! Słyszałeś najświeższe wieści? - zapytała, przekrzykując hałas skrzeczącego radia policyjnego i pędzących samochodów. - Wczoraj w nocy Berneda Montgomery kopnęła w kalendarz. - Matka? - Zgadza się, zabrano ją do szpitala, bo miała atak z serca, i w ciągu dwudziestu czterech wykitowała. I co powiesz? Pechowo, nie? Ty! Uważaj! Jak jedziesz, kurwa! - Opanuj się. Opowiedz mi o Bernedzie Montgomery. - Niewiele wiem, ale w szpitalu wrze. Wygląda na to, że nie umarła tak po prostu. Broniła się. Niewykluczone, że ktoś wśliznął się do jej pokoju i udusił ją albo podał jakiś środek. - Cholera! - Amanda Montgomery ostrzegała go, że ktoś próbuje wykończyć całą rodzinę. Zdaje się, że miała rację. - Spotkajmy się w szpitalu. - Już tam jadę. Sięgnął po marynarkę i kątem oka dostrzegł jakiś ruch. Odwrócił się i zobaczył Sugar Biscayne. - Detektywie Reed? Mogę z panem chwilę porozmawiać? - Jej wczorajsza buta wyparowała bez śladu. Spojrzał ostentacyjnie na zegarek. - Jasne. Proszę wejść. - Zaprosił ją do środka.
Było już późno. Wszyscy w wydziale zabójstw pracowali po godzinach. Nerwy
Prowokuje cię, idioto. To nie przypadek, że jest akurat na lotnisku, na terminalu. To
– Może.
wstążka, różowy marker. To, że ich ubrania zostały schludnie złożone, jakby zrobiła to matka
zmądrzejesz i wrócisz do Luizjany? Słuchaj, mam tu robotę. Prawdziwą. Zadzwoń, kiedy
mało brakowało, a straciłby córkę. Nie zapomniał tamtych koszmarnych chwil, choć się z
wystygł, zresztą od początku nie był nawet letni. Morderstwo sióstr Springer zeszło z
Nadal na adrenalinie, planuję kolejny krok.
– Szczęśliwej drogi – szepnęła Sweet, posłała znaczące spojrzenie Martinez, która

palcach, domagając się pocałunku.

- Wykluczone! - Lily ujęła twarz córki w dłonie. - Nie możesz skończyć jak ja. Nigdy na to nie pozwolę, słyszysz? Masz szansę, żeby wydostać się stąd. Uciec. Zawsze tego chciałam. Dlatego dałam ci na imię Hope - Nadzieja. Zawsze byłaś moją nadzieją na lepszą przyszłość. Nie możesz tutaj zostać.
słowa pocieszenia.
ale magnetyczne chwytaki pozostały mocne i niezwykle
- Zamknij drzwi - syknęła. - Nie chcę, żeby ktoś mnie zobaczył.
- Gdzie poszła mamusia? - zapytała, zlizując z kciuka kroplę syropu truskawkowego.
— O co chodzi? — pan Fields podniósł głowę znad ga-
Znał takie dziewczyny. Mnóstwo takich dziewcząt. Zawsze chciały tego samego: wciągnąć go w przygodę, zaszaleć, dokuczyć rodzicom.
- Samodzielne i odważne? - zapytała
Odwróciła się i spojrzała na niego. Miał wrażenie, że nieznajoma odgaduje bez trudu jego myśli i że sprawiaj aj ą jej one przyjemność. W tym samym momencie zakochał się w niej jak wariat. Historia prosta i skomplikowana zarazem.
Nigdy wszakże nie przyznałaby się, jak bardzo kocha ojca i jak drogi jest jej Hotel St. Charles, choć skrycie tęskniła do chwil
Łzy zakręciły się jej w oczach, lecz nie straciła fasonu. Może była i twardsza niż pannice jej pokroju, z którymi dotąd miał do czynienia, ale nie znaczyło to, że jest inna. Na przykład - uczciwsza.
- Dwóch ludzi podpisało przed śmiercią jakiś papier, a ja teraz muszę ponosić
Nade wszystko zaś Santos, którego tylko matka nie nazywała tym imieniem, lubił ludzi. Dzielnica przyciągała osobników różnych ras i różnej maści: złych, dobrych, odstręczających. Fascynowali go zwłaszcza ci, którzy ciągnęli nocą na Bourbon Street, czy byli to wieczni balowicze w poszukiwaniu zabawy, czy wiedzeni ciekawością kolekcjonerzy przeżyć osobliwych.
- Istotnie.
wskazał na teriera. - Pani piesek już zrobił swoje.

©2019 www.pod-ciemnosc.kaszuby.pl - Split Template by One Page Love